Metalmaniac - muzyczne podsumowanie roku 2009.
30/12/2009Tagi: metal, metalmaniac, muzyczne podsumowanie roku 2009
Wszelkiego rodzaju podsumowania mijającego roku są jak wrzody na dupie - rodzą się w bólach i niczemu tak naprawdę nie służą. Jest to już jednak swego rodzaju świecka tradycja, kultywowana z upodobaniem przez prasę muzyczną, dlatego też postanowiłem dzielnie zacisnąć pośladki i napisać dla Was te kilkanaście zdań w których streściłem ostatnie dwanaście miesięcy widziane z perspektywy szarego zjadacza metalu.
Pod względem wysypu nowych wydawnictw nie mieliśmy powodów do narzekań. Rok 2009 był bowiem płodny do tego stopnia, że chcąc wymienić chociażby te najciekawsze, z pewnością skończył bym pisać niniejsze podsumowanie w okolicach Wielkanocy. Dlatego skupię się głównie na płytkach, które wywołały perfidny uśmiech na mojej twarzy.
Bezdyskusyjnie numero uno ostatnich dwunastu miesięcy jest…
Behemoth. Pomorska Bestia z roku na rok rośnie w siłę a “Evangelion” tylko to potwierdził. Prawda jest brutalna: wraz z najnowszym wydawnictwem Behemoth nie doścignął światowej czołówki ekstremalnego grania. On rozpierdolił ją w drobny mak. No ale na ten sukces pracowało wiele osób - począwszy od charyzmatycznego lidera, poprzez zwinnych muzykantów (perkusyjne kanonady Inferno wywoływały erekcje wśród metalowej gawiedzi jak świat długi i szeroki), producentów, oraz całego sztabu specjalistów zatrudnionych w wytwórniach płytowych opiekujących się naszym złem narodowym. Z takim zapleczem można zdziałać naprawdę wiele, toteż w najbliższej przyszłości raczej nie pojawi się żaden kozak, który byłby w stanie zagrozić “Darowi Pomorza”. Chyba, że będzie to inny zespół z kraju kojarzącego się większości mieszkańców planety Ziemia z wąsatym elektrykiem i kiełbasą, czyli…
Lost Soul. Zupełnie niespodziewanie, niczym przysłowiowy Filip z konopi, na scenie ponownie pojawił się Jacek Grecki, który wraz z nowymi muzykami i premierowym materiałem dokonał bezpardonowego gwałtu na małżowinach usznych zdezorientowanych słuchaczy. Może i nie jestem wielkim specjalistą w temacie technicznego death’u, ale wielu znanych i szanowanych mędrców uczonych w metalu śmierci złożyło pokłon chyląc czoła przed majestatem “Immerse In Infinity”, więc coś musi być na rzeczy. Techniczną, choć nie tak brutalną wirtuozerią zachwyca nas od lat również inny metalowy twór, któremu na imię…
Mastodon. Muzycy, którzy mają na sumieniu kamień milowy w historii ciężkiego grania, czyli kultowy już album “Leviathan”, tym razem postawili na bardziej progresywne granie, nagrywając w mojej opinii jeden z najlepszych krążków mijającego roku. “Crack The Skye” - bo o nim mowa - zawładnął mną bez reszty i praktycznie nie rozstawałem się z nim do momentu, aż w moje łapy trafił inny długo wyczekiwany album, który spłodziła…
Katatonia. Każdy, kto zetknął się z muzyką tej szwedzkiej formacji prędzej czy później popadł w nałóg. Podobnie jak swoje poprzedniczki, płyta “Night Is The New Day” uzależnia. I chociaż momentami dźwięki na niej zawarte zdają mi się być zbyt depresyjne (co wcale nie należy odbierać jako wadę), to mam wrażenie, że będę do niej w przyszłości wracać z nieukrywaną przyjemnością.
À propos przyjemności - właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że istnieje co najmniej kilka (dziesiąt) bardziej rajcujących rzeczy, niż siedzenie przed kompem i pisanie niniejszego podsumowania, dlatego teraz już bez zbędnego pieprzenia, w telegraficznym skrócie, wymieńmy sobie co ciekawsze wydawnictwa wypuszczone w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy. W kategorii “Made in Poland” z pewnością na uwagę zasłużył sobie Vader (”Necropolis”), Riverside (”Anno Domini High Definition”), Black River (”Black’n'Roll”), Rootwater (”Visionism”), czy w końcu Closterkeller (”Aurum”). Zagraniczni muzykanci również postanowili zarobić na chleb i używki, toteż wygłodniałych fanów czule poklepał po dupie m. in. Slayer (”World Painted Blood”), Megadeth (”Endgame”), Dream Theater (”Black Clouds & Silver Linings”), My Dying Bride (”For Lies I Sire”), Paradise Lost (”Faith Divides Us - Death Unites Us”), Pearl Jam (”Backspacer”), Lamb Of God (”Wrath”),… Można tak wymieniać bez końca - a to tylko wierzchołek góry lodowej…
Rok 2009 to także okres wielkich comebacków. Na scenę powrócił Faith No More i Skunk Anansie. Wszyscy czekali na Michała J. - ten jednak nieoczekiwanie odwalił kitę, co - jak się później okazało - było z marketingowego punktu widzenia najbardziej dochodowym posunięciem w jego karierze, oraz początkiem swoistej tragikomedii, w której główne role odegrali pazerni członkowie jego rodziny.
Pojawiły się również premierowe od lat wydawnictwa kapel znanych i lubianych. Pierwszy album po reaktywacji nagrały czorty z Immortal, nadając mu tytuł “All Shall Fall”. Axl Rose wydał pod szyldem Guns N’ Roses zapowiadany od lat “Chinese Democracy” a Black Sabbath (znaczy się Heaven And Hell) podarował fanom “The Devil You Know”. Po 11 latach wypuszczania kolejnych składanek z cyklu “very best of the best” obudził się KISS, nagrywając album “Sonic Boom”. Wiele czasu zajęło również zebranie się do kupy weteranom z Brutal Truth, którzy za sprawą “Evolution Through Revolution” dali lekcję pokory młodym adeptom ekstremalnej napierdalanki, tłumacząc metodą organoleptyczną, jak winno się grać grindcore’a. Nie mniejszą frajdę sprawił swoim fanom Alice In Chains, który wraz z nowym wokalistą wydał album “Black Gives Way To Blue”.
Nie obyło się też bez kilku muzycznych niespodzianek, które niejednego fana ambitniejszej muzyki przyprawiły o “herzklekoty”. Autorem największej muzycznej popierdułki Anno Diaboli 2009 jest bez dwóch zdań Chris Cornell, który na skutek spółkowania z niejakim Timbalandem powołał do życia bękarta, którego nie byli w stanie zdzierżyć nawet najwierniejsi fani artysty. Mowa oczywiście o albumie “Scream”. Podobny numer, tyle że na naszym podwórku, wywinęła Agnieszka Chylińska, która wraz z wydaniem płyty “Modern Rocking” całkowicie odcięła się od swoich korzeni. Jedni uznali ten krok za akt niebywałej odwagi, inni - niebywałej głupoty. Skrajne emocje wywołał również Samael ze swoim “Above”, który po latach bezwstydnego romansowania z elektroniką, postanowił dla odmiany przypierdolić znienacka.
Wiele działo się również w tematach około muzycznych. Tutaj zdecydowanie przodowali norwescy słudzy ciemności. Szerokim echem odbiła się sądowa batalia Infernusa i jego, jak się później okazało, byłych już kolegów - Gaahla i Kinga z zespołu Gorgoroth. Koniec końców Infernus zachował prawo do używania nazwy zespołu, pod szyldem którego wydał na świat “Quantos Possunt Ad Satanitatem Trahunt”, zaś King do spóły z Gaahlem powołali do życia kapelę o mrocznej jak sadza z komina nazwie God Seed. Radość nie trwała jednak długo, gdyż ten drugi uznał najwidoczniej wyższość swojej nie tak dawno odkrytej “różowej strony mocy” nad tą ciemną, wobec czego postanowił całkiem olać metal i skupić się na rzeczach bardziej przyziemnych (szydełkowanie ?).
W ślad za muzykami Gorgoroth poszli grajkowie z Dimmu Borgir, którym prawdopodobnie zmierzło się granie w ustabilizowanym od lat składzie, skutkiem czego na zbity pysk polecieli Vortex i Mustis, którzy to mieli niebanalny wpływ na twórczość wspomnianego bandu.
Pod koniec maja niejedno mroczne niewieście serce zabiło szybciej na wieść o przedterminowym wyjściu z ciupy pana Varga Vikernesa, który to odsiadywał wyrok za błędy swej młodości. Sąd najwyraźniej uwierzył w jego skruchę i zapewnienia, że już więcej nie będzie bawił się nożem ni zapałkami, a skupi na ciężkiej pracy na roli.
Polski przemysł metalurgiczny był z kolei reprezentowany w sądzie przez Nergala, który - chcąc nie chcąc - stoczył kilka rund z Przewodniczym Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami, które jednogłośnie wygrał przez KO. Wszystko to jednak nic w porównaniu z największą siurpryzą roku, czyli muzycznym mezaliansem, który wywinął do spóły z Panną Dorotką znaną tu i ówdzie jako Doda. Ich wspólna randka wydawała się być równie abstrakcyjna, co zniesienie akcyzy na alkohol, jednakże - jak się później okazało - nie była absurdalną plotką wymyśloną naprędce przez pomysłowych “dziennikarzy” z krajowych tabloidów. Plotką okazały się być natomiast domysły, jakoby poszło o zakład i “Książę Ciemności” o wydatnym czole poderwał “Królową Popu” tylko dla jaj. Romans kwitnie bowiem w najlepsze a wróbelki ćwierkają o rychłych zaręczynach. Mało tego - Dodzie marzy się podobno ślub kościelny. Ciekawym wielce, jak Nergal wybrnie z tej sytuacji ?
A skoro już mowa o jajach i pozostałych częściach nabiału, to z pewnością długo w naszej pamięci pozostanie Rammstein, który nakręcił rasowego germańskiego pornosa (znaczy się teledysk) do utworu “Pussy” z najnowszej płyty “Liebe Ist Für Alle Da”.
Pod względem koncertowym również nie było na co narzekać. Gwiazdy przestają omijać nasz zapyziały kraj szerokim łukiem, dzięki czemu być może w niedalekiej przyszłości nie będziemy musieli wlec dupy do Niemiec czy też Czech, by obejrzeć swoich ulubieńców.
Nie obyło się jednak bez przypałów. Do jednej z najbardziej spektakularnych porażek mijającego roku zaliczyć należy z pewnością Hunter Fest 2009. Wprawdzie festiwal się odbył, ale niesmak pozostał. Tak naprawdę, to chyba nigdy się do końca nie dowiemy, kto w tym całym zamieszaniu najbardziej zasłużył na chłostę, ale fakt pozostaje faktem: zespół Hunter stracił sporo w oczach fanów, organizator i zarazem (były) manager zespołu pewnie do dzisiaj łyka tabletki na uspokojenie, a nam z kalendarza zniknęła kolejna cykliczna metalowa impreza…
Nic to jednak w porównaniu z największym festiwalowym wałem w historii metalu, czyli Unholy Fest 2009. Impreza kusiła niezwykle atrakcyjną ceną wejściówek i wymarzonym wręcz składem. Co z tego wszystkiego wynikło - pewnie każdy z Was pamięta. Jeśli przez przypadek organizator tej imprezy trafi kiedyś do piekła, to Papcio Szatan powinien zrobić mu z dupy jesień średniowiecza.
Ufff. W ten oto sposób dobrnęliśmy wspólnie do końca niniejszego podsumowania. Z pewnością zabrakło w nim wielu zespołów, albumów oraz wydarzeń muzycznych, ale pamięć ludzka jest zawodna, poza tym to jest tylko post na niszowym blogu a nie pieprzony elaborat.
Jakby nie było, rok 2009 był dla nas całkiem udany. Mam nadzieję, że przyszły będzie co najmniej równie obfity, czego sobie i oczywiście Wam życzę.
P.S. Proponuję, abyście w komentarzach wpisywali swoich faworytów w kategoriach Hity i Shity roku 2009.
\m/ Oceń ten wpis w skali 1 - 6(66) \m/
Ilość komentarzy: 10